Czuję się, jak szarlatan albo diler

Podałem maila i telefon pocztą pantoflową – bez promocji. Zgłaszają się po cztery osoby dziennie. Żal mi pacjentów.

Rozmowa z dr Jerzym Jaroszem, o pierwszym w Polsce punkcie informacyjnym o leczeniu marihuaną

Koalicja Medycznej Marihuany: Dzwoni pacjent do punktu informacji o medycznej marihuanie i pyta…

Jerzy Jarosz: Czy ta rozmowa jest bezpieczna? Może się to wydać śmieszne, ale pierwsze pytanie zawsze tak brzmi. Czuję się jak jakiś szarlatan-uzdrowiciel albo jakiś diler. Muszę zapewniać, że jestem wykwalifikowanym lekarzem a rozmowa jak najbardziej oficjalna.

Jednak marihuana w Polsce jest nielegalna a takich lekarzy jak pan, niewielu.

Żałuję, że tak jest. Że traktuje się pacjentów jak przestępców tylko dlatego, że szukają pomocy w chorobie. Marihuana wieki temu pełniła funkcje lecznicze, jeszcze w latach 50. Prowadzono badania nad jej wykorzystaniem do celów medycznych, potem wypadła z „obiegu”, bo po prohibicji trzeba było znaleźć nowego wroga publicznego. Dzisiaj badania znowu dowodzą, że marihuana może pomagać. Ludziom należy się ta informacja. Dlatego zdecydowałem się na ten punkt konsultacyjny.

Kto dzwoni i w jakich sprawach?

Nie tylko dzwonią, dostaję też maile. Zgłaszają średnio cztery osoby dziennie. Proszę pamiętać: podałem swojego maila pocztą pantoflową, bez promocji i reklamy a w ciągu trzech pierwszych miesięcy dostałem prawie dwieście maili i drugie tyle telefonów. Mniej więcej połowa dotyczy stosowania marihuany, jako środka przeciwnowotworowego.

Takie punkty powinny być w każdym dużym mieście. Dużo ludzi leczy się marihuaną.

Nie ma dowodów, że marihuana pomaga na raka. Co pan mówi pacjentom?

Właśnie to – że nie ma dowodów. I że nie mogę im w tej sprawie radzić. Mimo że znam osobiście pacjentów, którzy świadczą, że marihuana zatrzymała u nich rozwój nowotworu. Mamy jednak zbyt wiedzy, żeby cokolwiek w tej materii stwierdzić, podobnie uważają lekarze, z którymi to konsultowałem. Niektórzy pacjenci jednak decydują się na eksperymenty na własną rękę. Wielu z tych, którzy się do mnie zgłaszali, już próbowało marihuany w nadziei, że ona rozprawi się z ich nowotworem. Szukali u mnie wyłącznie potwierdzenia, że dobrze postępują.

Co z tym zrobić?

Potrzebujemy pilnie badań i weryfikacji doniesień na ten temat, bo oczekiwania pacjentów w stosunku do działania przeciwnowotworowego marihuany są ogromne. Tymczasem tracimy czas na utarczki wokół tego, na ile marihuany jest groźnym narkotykiem chociaż wiele groźniejszych narkotyków używamy w medycynie, o czym powszechnie wiadomo. Marihuany pacjentom się odmawia a efekt jest taki, że próbują na własną rękę. Nawet w tak krótkim czasie – mój mini punkt informacyjny działa dopiero od końca lipca – zaobserwowałem zmiany w postawach pacjentów. Na początku dzwonili częściej ci zupełnie niezorientowani, w miarę upływu czasu więcej było pytań o szczegóły. Pacjenci pytali gdzie kupić produkty, jak stosować, znali dawki, wyliczali je sobie. Dla niektórych już nie byłem partnerem do rozmowy, bo o efektach wiedzieli więcej, niż ja mógłbym. Były też niepokojące pytania – np. czy jeśli chwilowo ich nie stać, mogą kurację przerwać.

A można przerwać?

Nie mamy takich badań, więc kto to wie? Pytałem o to prof. Jerzego Vetulaniego, odpowiedział, że w fizjologii efekt jest nieznany, operujemy więc w kręgu hipotez. To ci, którzy sprzedają produkty marihuany na czarnym rynku przekonują pacjentów, że kuracji nie można przerywać, bo rak się gwałtownie rozwinie. Z jakich pobudek tak robią? Mam brzydkie podejrzenia.

Więc po co ten punkt, skoro tak mało wiemy?

Ponieważ są dziedziny, w których wiemy więcej.  Jest druga grupa pacjentów, która się zgłasza z pytaniami – to chorzy z problemami neurologicznymi i bólowymi. Przewlekłe zespoły bólowe, ból spowodowany uszkodzeniem nerwów obwodowych albo rdzenia kręgowego, który nie reaguje na żadne leczenie. Również bóle nowotworowe. To są wskazania, w których mogę radzić odpowiedzialnie i bezpiecznie, bo znam badania i mam doświadczenie. Tu akurat mamy ugruntowaną wiedzę naukową, potwierdzającą skuteczność marihuany. Tylko, że to akurat nie moja dziedzina, ja jestem anestezjologiem.

Pomógł pan tym, którzy się zgłosili?

Ok. 70 osób przyszło na wizytę, 25 zakwalifikowałem do leczenia, kilku zrezygnowało.

Dlaczego zrezygnowali?

Jest grupa pacjentów, którym ta kuracja nie pomaga. Inni rezygnują być może z przyczyn finansowych. Ja mogę przepisać jeden jedyny legalny preparat na bazie marihuany, który działa w leczeniu bólu, to jest sativex. A to drogi lek. I tak mamy szczęście, że w życzliwie nastawionych aptekach da się kupić jeden listek, zamiast całego opakowania, a wtedy zapłaci się „zaledwie” 800 zł. Ale kiedy okazuje się, że to działa, pacjenci zaczynają jak podejrzewam, szukać innego źródła kuracji.

U dilerów?

Nie wiem, ja nikomu tego nie zalecam. Ani też nie mam prawa sprawdzać.

Jak działa sativex?

W uproszczeniu: występująca w marihuanie substancja THC (tetrahydrokannabinol)) działa przeciwbólowo i przeciwspastycznie, druga substancja – CBD (kannabidiol) znosi działanie psychoaktywne THC. W nasionach konopi obie substancje występują w proporcjach, które dają więcej tzw. haju niż działania przeciwbólowego. Zwłaszcza, że od lat hodowcy właśnie kładą nacisk na rekreacyjną rolę produktów – to właśnie efekt wyrzucenia konopi w całości poza margines legalności oraz porzucenia badań nad nimi w medycynie. Producenci sativexu zmieszali obie substancje w proporcjach niemal 1:1, co dało lek o pożądanym działaniu, czyli przeciwbólowy, ale bez ubocznych z ich punktu widzenia, działań psychoaktywnych. Rzeczywiście, tak to działa jak zauważyłem u moich pacjentów. Przy czym sativex jest lekiem stosowanym w leczeniu stwardnienia rozsianego, ale zgodnie z dostępną wiedzą i przepisami, można go stosować poza tym wskazaniami. Świetnie się sprawdza w uśmierzaniu bólu nowotworowego. Najlepsze efekty uzyskuje się kojarząc substancje zawarte a marihuanie z opioidami. Wtedy, kiedy morfina nie wystarcza albo nie można już zwiększać jej dawki.

W hospicjum używacie Sativexu?

Nie, ponieważ jest za drogi. Mieliśmy jednego pacjenta, kiedy lek był w trakcie badań klinicznych. Teraz musimy sobie dawać radę innymi metodami. Na ogół korzystają z leku pacjenci ambulatoryjni. I mam takich, którzy uzyskali kolosalną poprawę dzięki sativexowi. Nie byłbym entuzjastą, gdybym nie miał takich doświadczeń. Po tych doświadczeniach jestem przekonany, że medyczna marihuana to leczenie przyszłościowe.

Legalnie w Polsce można jeszcze tylko kupić olej CBD – to otwiera drogę do leczenia padaczki lekoopornej. Ale i to wywołuje protesty – z tego powodu np. odwołano neurologa Marka Bachańskiego z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Tak, ale on sobie nie przyśnił tego leczenia. Jest wiele doniesień na ten temat, sam czytałem sporo artykułów – niezależnie, że nie ma jeszcze badań jednoznacznie to potwierdzających. Są już jednak wystarczająco poważne podstawy, do stosowania tych substancji w leczeniu padaczki lekoopornej. Pamiętajmy, że Deklaracja Helsińska Światowego Stowarzyszenia Lekarzy mówi: „tam, gdzie sprawdzone interwencje nie istnieją lub też okazały się nieskuteczne, lekarz, po zasięgnięciu porady eksperta i uzyskaniu świadomej zgody pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego, może zastosować interwencję o nieudowodnionej skuteczności, jeśli w ocenie lekarza daje ona nadzieję na ratowanie życia, przywrócenie zdrowia lub przyniesienie ulgi w cierpieniu”.

Legalizacja marihuany do celów medycznych może sprawić, że przestanie być widziana jako atrakcyjny narkotyk, i spadnie ilość osób, które po nią sięgają, aby się odurzać.

Wiele krajów rozszerza dostępność medycznej marihuany. W Polsce mamy lek, są wyniki badań, pacjenci z poprawą – czemu tak słabo się przebija?

Bo to substancja, która ma złą opinię. Widać po opioidach, jak lekarzom trudno zaakceptować ich stosowanie. Niby lekarze deklarują, że znają te preparaty oraz że je stosują. Ale gdy sprawdzić, okazuje się, że nawet nie jeden procent lekarzy na umowach z Narodowym Funduszem Zdrowia pobiera specjalne recepty na leki opioidowe. Takie dane dostałem z mazowieckiego NFZ, byłem w szoku. To znaczy, że prawie w ogóle z tego nie korzystamy! A zapewniam, że pacjentów w potrzebie jest wielu.

Czemu lekarze tego nie wypisują, skoro można?

Potrzebują do tego specjalnych recept, ale jeśli coś jest na „specjalnej recepcie” znaczy, że jest groźne. Lekarze boją się, nie chcą mieć problemów. Chociaż to tylko klasyfikacja leku, mamy przecież opioidy również na zwykłych receptach, np. tramal. To nie jest niebezpieczne, o ile się je stosuje odpowiedzialnie. Oczywiście trzeba mieć doświadczenie i wiedzieć, jakich reakcji można się spodziewać. Zasada jest taka, że zaczyna się od najmniejszej dawki i sprawdza, jaki jest efekt. Przedawkowanie może być śmiertelne. To dlatego marihuana jest takim odkryciem – bo tu przedawkowanie nie wchodzi w grę. I na to są badania.

*Dr n, med. Jerzy Jarosz pracuje w Fundacji Hospicjum Onkologicznego Św. Krzysztofa w Warszawie. Jest anestezjologiem, specjalistą w leczeniu bólu, byłym wojewódzkim konsultantem ds. medycyny paliatywnej. Przyjmuje w środy w godz. 9-13 w Hospicjum przy ul. Rotmistrza Pileckiego 105. Punkt informacyjny w sprawie leczenia marihuaną prowadzi ochotniczo, bezpłatnie: Tel. 22 544 06 77, adres jerzy.jarosz@fho.org.pl