Marihuana – hodują pacjenci, decyduje lekarz

 

Mam kompromis, jak leczyć marihuaną bez legalizacji jej dla celów rekreacyjnych – mówi Jędrzej Sadowski, autor projektu ustawy o medycznej marihuanie. 

 

Jędrzej Sadowski*  w imieniu Koalicji Medycznej Marihuany przygotował Projekt nowelizacji Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Projekt ma pomóc w legalizacji marihuany dla celów medycznych.

 

 

– Można pogodzić zakaz rekreacyjnego palenia marihuany z dopuszczeniem jej do celów medycznych?

Jędrzej Sadowski: – Wiele krajów sobie z tym radzi, najlepsze wydają się rozwiązania obowiązujące w Niemczech, niektórych stanach USA czy w Kanadzie. Chociaż słyszeliśmy już zapowiedzi prezydenta Obamy o legalizacji marihuany, nadal według prawa federalnego, marihuana jest w USA zakazanym narkotykiem. Mimo to chorzy w wielu stanach USA używają jej do celów medycznych. Policja nie interweniuje, a sądy tych chorych nie ścigają. To dlatego, że na poziomie prawa stanowego marihuana bywa dopuszczana do użytku – wyłącznie w celach leczniczych. Dla ulżenia w cierpieniu chorego, można go leczyć substancjami o skuteczności potwierdzonej w praktyce medycznej, chociaż formalnie niedopuszczonymi do użytku.

Skąd chorzy biorą marihuanę, skoro nadal jest nielegalna?

Na przykład w Kalifornii pacjent idzie do lekarza, ten wypisuje receptę i określa dawkę, po czym kieruje pacjenta do określonego podmiotu, który legalnie zajmuje się zaopatrywaniem chorych w preparaty konopi.

Co to za „podmioty”? Przychodnie, szpitale?

Chodzi o wyspecjalizowane, lokalne organizacje pacjentów – stowarzyszenia, fundacje, po prostu trzeci sektor. To one dostarczają pacjentom konopi w postaci przepisanej przez lekarza: może być susz, może być olej, czy czopki. Te organizacje mają też zezwolenie na uprawę marihuany ze ściśle określonym przeznaczeniem.

I na tym oparł pan projekt polskiej ustawy?

Starałem się na tym wzorować. Przy aktualnym stanie wiedzy i w naszym systemie prawnym, najlepszym rozwiązaniem byłoby dopuścić stosowanie marihuany tylko celu łagodzenia skutków ubocznych innych leków albo w sytuacji, kiedy inne leki nie są skuteczne. Czyli po to, aby łagodzić cierpienie.

To kompromis, który pozwoliłby nam stosować konopie mimo zastrzeżenia, że substancje w nich zawarte mogą być uzależniające. Ten wariant da się pogodzić z brakiem wystarczająco potwierdzonej skuteczności leczniczej preparatów marihuany. Za to pozwoli wyjść z szarej strefy wielu chorym, którzy dzisiaj nielegalnie używają przetworów konopi i zdobywają je na czarnym rynku.

Główną zasadą ma być jednak, że o tym czy zastosować marihuanę, zdecyduje lekarz.

 Uzasadnienie projektu zmiany Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii

Lekarze są niechętni. Główny zarzut: marihuana to nie lek. Brakuje wieloletnich badań klinicznych, które by ją dopuściły na rynek, jak to jest w przypadku każdego innego leku.

Nie wszystkie leki, które funkcjonują w obrocie przeszły takie badania. Aspiryna nie przeszła, adrenalina też nie, bo jak sprawdzić na dużej próbie populacyjnej skuteczność adrenaliny bez ryzyka utraty życia pacjentów

Pacjenci masowo zaopatrują się na czarnym rynku. Ustawa pozwoli wyjść im z szarej strefy 

Na podstawie badań klinicznych państwo pozwala koncernom sprzedawać leki z gwarancją, że te środki będą leczyły, a nie zabijały. Ale nasz projekt nie wprowadza marihuany jako farmaceutyku do sprzedaży. Chodzi tylko o dopuszczenie możliwości samoleczenia się pacjentów, ale pod szczególnym nadzorem. Nie mamy badań klinicznych przede wszystkim dlatego, że marihuana od lat jest na liście zakazanych substancji uzależniających i z tego powodu jakiekolwiek prace badawcze nad jej stosowaniem w medycynie są bardzo kosztowne. Rzadko więc są te próby podejmowane i trudno byłoby na nie czekać, w sytuacji kiedy pacjenci powszechnie zaopatrują się na czarnym rynku. Ale przecież mamy wiele obserwacji empirycznych, udokumentowanych w literaturze fachowej. Wynika z nich, że substancje zawarte w konopiach łagodzą wiele objawów przewlekłych chorób, np. padaczki albo znoszą skutki uboczne leczenia inwazyjnymi farmaceutykami, jak w chemioterapii. Stąd nasz projektowy kompromis: marihuana formalnie pozostaje na liście substancji kontrolowanych, a kwestie medycznego użytku jej niedopuszczonych do obrotu postaci, pozostaną pod szczególnym nadzorem państwa.

Jak to kontrolować?

Do kontroli rynku leków powołana jest inspekcja farmaceutyczna: państwowa i wojewódzkie. To eksperci najwyższej klasy, wprawieni w kontrolowaniu aptek, hurtowni farmaceutycznych i producentów leków. W naszym rozwiązaniu proponujemy, żeby to im podlegała kontrola całego systemu – nazwaliśmy go roboczo Narodowym Systemem Monitorowania. Jego centralnym punktem byłby Rejestr Ministra Zdrowia, który zawierałby dane lekarzy i podmiotach stosujących medyczną marihuanę, liczbę pacjentów, informacje o przebiegu terapii, również o zapotrzebowaniu. Inspektorzy farmaceutyczni wydawaliby zezwolenia na działania poszczególnych jednostek

 

Kto by mógłby dostać pozwolenie na prowadzenie takiej działalności?

Wyspecjalizowane ośrodki naukowe i organizacje pacjentów, pod warunkiem spełniania standardów jakości. Za kontrolę jakości miałyby odpowiadać niezależne laboratoria. Krótko mówiąc: pacjent dostaje od lekarza receptę, idzie z nią do ośrodka, które jest w Rejestrze Ministra Zdrowia, tam zostaje zaopatrzony w odpowiednią formę konopi. Wykwalifikowany personel czuwa  nad prawidłowym przebiegiem kuracji, a nad jej efektami czuwa lekarz prowadzący. Do tego wszyscy o wszystkim „meldują” w Rejestrze Ministra Zdrowia.

 

 Przy takich zabezpieczeniach administracyjnych i kryminalnych , nie ma szans na przeniknięcie leczniczych konopi do rynku rekreacyjnego.

 

Kto by za to płacił?

Pacjenci i organizacje pacjentów, ponieważ w przypadku hodowli na rzecz wielu pacjentów, te koszty naprawdę nie będą duże.

A jeśli ktoś zrobi sobie krzywdę?

W jaki sposób? Nad jego leczeniem będzie czuwał lekarz, nad jakością substancji – profesjonalne laboratoria i inspektorzy farmaceutyczni. I to na warunkach określonych dodatkowo przez Ministra Zdrowia, w porozumieniu z Policją.

Skąd pewność, że połowa z hodowanych przez pacjencie organizacji krzaczków nie pójdzie na czarny rynek?

Wszystko będzie notowane i raportowane w centralnym rejestrze. Pierwszą barierą będzie uzyskanie zezwolenia, drugą – groźba jego utraty, o ile inspekcja farmaceutyczna wykryje jakieś nadużycia, np. zgłaszanie fikcyjnego zapotrzebowania. Stawka będzie na tyle wysoka, że nie będzie sensu ryzykować. Utratę legalnego źródła utrzymania w zamian za zatrzymanie certyfikatu oraz ewentualne trzy lata więzienia za handel narkotykami? Po co to komu? Moim zdaniem, przy takich zabezpieczeniach administracyjnych i kryminalnych, nie ma szans na przeniknięcie do rynku rekreacyjnego.

 

 * Jędrzej Sadowski, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych PAN w Warszawie, samodzielny pracownik naukowy w Instytucie Bioinfobank w Poznaniu. Od 2008 r. zawodowo związany obsługą branży farmaceutycznej i żywnościowej, ekspert organizacji pozarządowych w zakresie prawa medycznego, narkotykowego, praw pacjenta. Od 2011 r. kieruje projektem naukowym, którego celem jest opracowanie polskich leków na bazie marihuany.