Marihuana musi być w aptekach

Farmaceutów dzisiaj sprowadza się do roli sprzedawców, a nie partnerów pacjenta w chorobie. Ja wolę tę drugą opcję

Małgorzata Wagner, kierowniczka apteki z Konina, zbiera podpisy farmaceutów pod listem do premier Beaty Szydło o legalizację medycznej marihuany.

O leczniczej marihuanie zaczęłam myśleć dlatego, że do mojej apteki przychodzi pacjentka, która ma syna z padaczką lekooporną. Nie może go odstąpić ani na chwilę, chyba że opłaci opiekunkę. Wpada wtedy do nas po leki, ale też trochę postać i porozmawiać – nasza apteka jest niemal jedynym miejscem, do którego pozwala sobie wyjść. Czujemy się więc trochę jak łącznik tej kobiety ze światem, zdążyła nam opowiedzieć pewnie całą historię życia. Nigdy tego jej chłopca nie widziałam, ale znam go bardzo dobrze już od lat. Ma dzisiaj 14 lat i bardzo cierpi, to są ogromne dolegliwości bólowe. I to ona mi kiedyś powiedziała: jest lek na tę padaczkę, ale w Polsce niedostępny. Nie bardzo chciała na początku zdradzić o co chodzi, w końcu wydusiła, że to marihuana. Zdziwiłam się. Jak to – ja, farmaceutka i nic o tym nie wiem?! Pogrzebałam w internecie i dopiero zdałam sobie sprawę, jak dużo jest o tym informacji. Ja nie odbębniam godzin, a i w domu wieczorami uzupełniam wiedzę, zebrałam więc sobie pokaźny zbiór materiałów o medycznej marihuanie, zwłaszcza od strony biochemicznej. Naoglądałam się filmów, posłuchałam  wystąpień z konferencji. I jak się zaczęła ta afera wokół doktora Marka Bachańskiego w Centrum Zdrowia Dziecka – postanowiłam działać.

Farmaceuci też mają głos

Przecież farmaceuci mają w tej sprawie chyba coś do powiedzenia?  W aptece mówię otwarcie, że chcę legalizacji medycznej marihuany, a ludzie traktują mnie poważnie. Rozumieją, że muszę mieć jakąkolwiek rację, przecież się na tym znam. Już się do mnie zgłaszają farmaceuci, żeby założyć może jakiś ruch formalny nawet w tej sprawie. Skoro marihuana pomaga ludziom w wielu chorobach, musi być dostępna w aptekach. Mam przekonanie, że wszystko blokują firmy farmaceutyczne. Bo hodowanie zioła nic nie kosztuje, a na lekach ktoś zarabia.

Widzę że ta walka ma sens, namawiam więc kolegów, żeby podpisali list do premier Beaty Szydło o legalizację marihuany do celów medycznych. Napisałam też do izby farmaceutycznej – za kilka dni mamy zebranie  wyborcze do izb, zamierzam i tam zbierać podpisy.

Nie chcę być tylko sprzedawcą

Farmaceutów dzisiaj sprowadza się do roli sprzedawców, a nie partnerów pacjenta w chorobie. Ja wolę tę drugą opcję. Dlatego nasza apteka w Koninie jest specyficzna. Tak się tu dobrałyśmy  – szalone trzy kobitki. Albo się głośno śmiejemy  z pacjentami albo ryczymy nad ich nieszczęściem. Do nas przychodzą ludzie „na stałe”. Chciała nas  kiedyś konkurencja wykosić. Ustawili dumpingowe ceny  i wtedy odeszli od nas pacjenci. Tam gdzie dużo taniej – to jasne. Tylko że to tamci padli, a pacjenci wrócili do nas. Jak się okazuje nie tylko cena gra rolę, ale też liczy się kiedy ktoś dostanie dobrą radę w pakiecie.

Cebula i czosnek zamiast antybiotyku

Marzyłabym, żeby u nas było jak w Norwegii – tam w aptece pacjent spotyka się z farmaceutą twarz w twarz, jak z lekarzem. Jest na to czas i warunki, a pacjentowi spokojnie się doradza, co i jak. W naszej aptece nie bronimy pacjentom rozmów, przeciwnie – organizujemy spotkania i pogadanki. Czasem rozmowa lepiej leczy, niż cała terapia wypisana na receptach. Obywamy się też bez akcji promocyjnych pod hasłem: byle wcisnąć pacjentowi lek. Chętnie proponujemy tańsze zamienniki, mówimy nawet czego pacjent nie musi brać tak od razu. Staramy się też doradzać. Bo przecież Polacy to naród lekomanów. Zapominamy dobre zwyczaje, firmy chcą nam ułatwić życie i przygotowują „gotowiec” czyli pastylkę. Trzeba  więc ludzi oduczyć brać leki, kiedy można ich uniknąć. Tłumaczymy jak lepiej się leczyć i utrzymać w zdrowiu. Na moim syropie z cebuli i czosnku niejedno dziecko z anginy ropnej bez antybiotyku wyszło.

Staramy się proponować ludziom zioła, dietę, jesteśmy otwarte na homeopatię. Więcej naturalnych środków, nie tylko leki i chemię. Kiedy ludzie do nas wchodzą, tłumaczymy każdemu spokojnie kwestie leków, dawkowania, rozmawiamy o chorobie, również o życiu. Mamy dla ludzi czas.  I to się opłaca, nie narzekamy. To pacjenci narzekają coraz bardziej, że idą do lekarza jak do sklepu po bułki, bo ten nawet na nich nie spojrzy.